W tym tygodniu, jako czwarty dzień tygodnia wystąpi tradycyjnie czwartek. Ale nie taki zwyczajny czwartek, bo tłusty. Jest to czwartek poprzedzający Środę Popielcową i tradycja każde w ten dzień dogodzić sobie kulinarnie. A w jaki sposób? Otóż najczęściej spożywanym tego dnia łakociem jest pączek. Pączek to wypiek występujący z nadzieniem lub bez. Nadzienie to może stanowić: dżem owocowy, twaróg na słodko czy też budyń. Obok pączków dość powszechnie zjadane są faworki, zwane też chruścikami. Osobiście preferuję ten drugi rodzaj wypieków. Sekret jak zawsze przy wypiekach tkwi w cieście.

I najlepsze są faworki domowej roboty. Te proponowane w cukierniach zwykle są ciężkie i twarde, bo wiadomo, że dla sprzedawców liczy się ilość. A domowe chruściki są mięciutkie, leciutkie i ma się wrażenie, że rozpływają się w ustach. Żałuję, że tak dawno nie jadłam tych pyszności. Czasem zdarza mi się kupić faworki w cukierni, aczkolwiek tak, jak pisałam – nie jest to szczyt możliwości cukrownika. Nie zapowiada się jednak, bym szybko zjadła coś lepszego.

Nie chciałabym się rozpisywać w tym fragmencie na temat bólu głowy, który to ponoć często używany jest jako wymówka kobiet odnośnie współżycia. Nie. Chodzi mi o ten ból, który towarzyszy mi ostatnio w weekendy. To nie jest migrena, na szczęście nie cierpię na tą przypadłość.

Miałam teorię, że po prostu za długo śpię, przy okazji wyginając niemiłosiernie kręgosłup, na niezbyt wygodnym, jak się okazało, łóżku. Jednak ostatnio spotkałam się z takim wyjaśnieniem, że ból ten wynika z braku wody w organizmie. I że dobrze byłoby na szafce nocnej mieć szklankę z wodą, ewentualnie napić się przed snem.

Mi się zwykle nie chce pić w nocy, dlatego też powinnam może mieć dwie takie szklanki – pełną i pustą. Pełną używałabym wtedy, gdy pić mi się nie chce. Ale wracając do rzeczy – ciekawa to koncepcja i nie mam argumentów, by ją zanegować, dlatego nie zaszkodzi spróbować. Jako, że jest wieczór, wypiłam właśnie niemalże pół litra wody. Wprawdzie to nie weekend, ale trening w piciu zacznę już dziś. Zobaczymy, jak będzie.

Ludzie są bardzo dwulicowi w stosunku do świń. Często mówią jeden do drugiego „ty świnio” i to jest postrzegane jako obraźliwe względem tytułowanej tak osoby. „Zachowałeś się jak świnia, nabrudziłeś jak świnia, jesz jak świnia” – to kolejne sformułowania, które mają negatywny wydźwięk. Czasem mówi się, że ktoś ma świńskie myśli, aczkolwiek to już chyba nie jest tak bardzo piętnujące, jak poprzednio przytoczone przeze mnie sformułowania.

A z drugiej strony widzimy świnkę sympatyczną, śliczną, której nie da się nie lubić, a mianowicie świnkę skarbonkę. Służy ona do gromadzenia oszczędności i kto wie, czy w dzisiejszych czasach nie jest to najlepsza forma zabezpieczenia swoich funduszy.

Tak więc z jednej strony potrafimy się obrzucać nieprzyjemnymi epitetami, jak błotem w chlewie, a z drugiej strony porcelanowa najczęściej postać świnki budzi w nas naprawdę miłe uczucia. Dajmy spokój tym pożytecznym, różowym stworzeniom i nie obrażajmy ich, bo czasem lepiej mieć jeden różowy ryjek, niż dwa parszywe oblicza.