Nie chciałabym się rozpisywać w tym fragmencie na temat bólu głowy, który to ponoć często używany jest jako wymówka kobiet odnośnie współżycia. Nie. Chodzi mi o ten ból, który towarzyszy mi ostatnio w weekendy. To nie jest migrena, na szczęście nie cierpię na tą przypadłość.

Miałam teorię, że po prostu za długo śpię, przy okazji wyginając niemiłosiernie kręgosłup, na niezbyt wygodnym, jak się okazało, łóżku. Jednak ostatnio spotkałam się z takim wyjaśnieniem, że ból ten wynika z braku wody w organizmie. I że dobrze byłoby na szafce nocnej mieć szklankę z wodą, ewentualnie napić się przed snem.

Mi się zwykle nie chce pić w nocy, dlatego też powinnam może mieć dwie takie szklanki – pełną i pustą. Pełną używałabym wtedy, gdy pić mi się nie chce. Ale wracając do rzeczy – ciekawa to koncepcja i nie mam argumentów, by ją zanegować, dlatego nie zaszkodzi spróbować. Jako, że jest wieczór, wypiłam właśnie niemalże pół litra wody. Wprawdzie to nie weekend, ale trening w piciu zacznę już dziś. Zobaczymy, jak będzie.